Bujam się w hamaku rozwieszonym pod daszkiem z liści palmowych, sącząc przez słomkę mleko kokosowe ze świeżo rozłupanego orzecha. Huk Oceanu Spokojnego, słońce, złoty piasek…
Dotarłam tu po kilkunastogodzinnej podróży z San Cristobal de las Casas. Pierwsza część podróży była komfortowa. Po Meksyku najwygodniej podróżuje się autobusami. Wprawdzie ich standard bywa różny, ale na najdłuższych trasach kursują tylko pojazdy klasy de lux, pierwszej i drugiej. Wybrałam pierwszą klasę i spędziłam noc w wygodnym rozkładanym fotelu, rzucając od czasu do czasu okiem na wyświetlane na wideo filmy. Wcześnie rano dotarłam do Puerto Escondido. Stąd do Chacahua jest około 70 kilometrów. Pokonywałam je trzy godziny. Najpierw do Rio Grande rozklekotanym autobusem (w środku jadąca na targ murzynka sprzedawała banany prosto z drzewa), potem taxi colectivo, która za niższą ceną zabiera tylu pasażerów i bagaży ile kierowca zdoła upchać w samochodzie. Wreszcie wysiadłam w Zapotalitos, małej wiosce przy Laguna de Chacahua. W czasie półgodzinnej przerwy w podróży obserwowałam, jak miejscowe kobiety sprawiają ogromne, kolorowe ryby, a potem karmią wnętrznościami krążące nad nimi pelikany. Przepłynęłam łodzią na drugi koniec laguny, skąd zabytkowy pickup powiózł mnie przez porośniętą kaktusami pustynię. W południe dojechałam do wioski Chacahua nad samym Pacyfikiem. Słońce było rozpaloną do białości kulą, a piasek pod stopami miał temperaturę wrzenia.
To miejsce, odkryte kilkanaście lat temu przez surferów, znane jest tylko nielicznym. Nie ma turystycznej infrastruktury, miejscowi żyją w niewielkich domkach przy plaży, a na niewybrednych podróżnych czekają drewniane cabañas lub hamaki. Za łazienkę służy baniak ze słodką wodą stojący na piasku. Można surfować lub odpoczywać, przyglądając się egzotycznym ptakom, których żyją tu tysiące. Kąpiel w wodach Pacyfiku jest dość niebezpieczna – ogromne fale i uderzają z siła nieznaną bywalcom plaż nad Bałtykiem. Jest jednak miejsce, w którym rozszalałe wody oceanu uspokajają się wpływając do laguny. Można tutaj bezpiecznie popływać pod baczną obserwacją czerwonych krabów spacerujących po skałach. Można też przyjrzeć się miejscowym, którzy wczesnym popołudniem zarzucają sieci w błękitne wody laguny.
Któregoś dnia zapytałam trzech mężczyzn łowiących ryby, czy mogę zrobić im zdjęcie. Nie mieli nic przeciwko temu, z uśmiechem zastygali w wystudiowanych pozach. Dopytywali się, skąd jestem. Kiedy odpowiedziałam, że z Polski, jeden z nich rzucił:
- Znam jednego Polaka, to mój wielki przyjaciel, ma na imię Maurizio.
- Maurizio? Maurycy Gomulicki, mieszka w Mexico City?! – wykrzyknęłam zdumiona.
-Znasz Maurizio? Witaj kochana, jesteś moją wielką przyjaciółką. Chcesz zapalić skręta? – odkrzyknął rybak i rzucił mi się w ramiona.
Tak poznałam Cirila. Od razu zaprosił mnie do domu, deklarował wszelką pomoc i przy każdym spotkaniu proponował papierosy. Zorganizował wycieczkę łodzią po lagunie, (wiosłowałam głównie ja, bo Ciril często robił przerwy na skręta) wśród gęstych tuneli namorzynowej roślinności, w których płytka woda ma temperaturę rosołu, kraby wspinają się na wystające z niej korzenie, a zachód słońca jest nieprawdopodobnym spektaklem pomarańczy, czerwieni i fioletów.
Życie tutejszej ludności, potomków murzyńskich niewolników, jest proste i piękne. Są otwarci i weseli. Od rana słuchają podrywającej do tańca muzyki i popijając piwo rozkoszują się pięknem swojego świata. Niewiele potrzebują od cywilizacji, mają nawet własny czas, inny niż 50 kilometrów dalej. Niektórzy pracują w Rio Grande, inni żyją z tego, co kupią w ich knajpkach surferzy i co daje im przyroda. Z drzew spadają dojrzałe manga i kokosy, a trzykrotne zarzucenie sieci w morze wystarczy by zapełnić rybami duże wiadro. Krewetki, langusty i kraby czekają aż ktoś je wyłowi z oceanu. Pogoda jest słoneczna przez cały rok, a kiedy czasami pada, deszcz jest krótki, ciepły i przyjemny. Nic dziwnego, że nawet psy wydają się szczęśliwe, kiedy w największy skwar chłodzą się na brzeguu oceanu.
Po gorącym dniu, siadam się na piasku z pucharem gęstej piña colady ze świeżego ananasa zmiksowanego z lodem i rumem. Nade mną błyszczą znane mi konstelacje gwiazd, ale położone do góry nogami. Na horyzoncie jaśnieje Krzyż Południa. Uspokojony nieco ocean rozświetlony jest milionem fosforyzujących maleńkich punkcików. To pewien gatunek glonów, które tak zaznaczają swoją obecność w bajkowym świecie wybrzeża Pacyfiku. Próbuję łapać je w dłonie, by, choć przez chwilę, świeciły tylko dla mnie. Ich światełka są jednak bardzo słabiutkie i pojedynczo ledwo widoczne. Gasną szybciej niż blednące o świcie gwiazdy.
Waluta – peso, w przybliżonym przeliczeniu 100 pesos=10 pln. Podróż z San Cristobal do Chacahua kosztowała około 100 pln. Koszt można jeszcze obniżyć wybierając na dłuższych trasach autobus II klasy (jedzie znacznie wolniej). W większych miastach bankomaty są na każdym kroku. Wybierając się w mniej uczęszczane rejony należy mieć ze sobą odpowiednią ilość pieniędzy.
Czas – w Meksyku regionalnie obowiązują różne strefy czasowe. Nie ma niestety jasnych informacji na ten temat, trzeba pytać miejscowych.
Język urzędowy – hiszpański. Raczej trudno porozumieć się po angielsku, znajomość hiszpańskiego, przynajmniej podstawowa, bardzo się przydaje.
Fotografowanie – rdzenna ludność Meksyku – Indianie nie pozwala się fotografować lub rząda za ten przywilej sporych sum. Nad Pacyfikim jednak sprawa wygląda wręcz odwrotnie. Potomkowie czarnych niewolników są zachwyceni, kiedy robi się im zdjęcia.
Namorzyny – słonolubne drzewa i krzewy rosnące na wybrzeżach tropikalnych mórz. Ich korzenie wyrastają ponad powierzchnię słonej wody a czasie przypływów zdarza się, że drzewa zalewane są po korony. W Chacahua można wybrać się na przejażdżkę łodzią po lagunie. Jej teren stanowi jeden z parków narodowych Meksyku, mieszka tam największa w kraju rozmaitość gatunków ptaków. Przejażdżka łodzią z Cirilem kosztowała około 18 pln za 2 osoby. Inni przewoźnicy są sporo drożsi, ale mają łodzie na motor.
Cabañas – to drewniane domki kryte liśćmi, przygotowane specjalnie dla turystów. W niektórych jest nawet prąd. Polecam jednak nocleg w hamaku. Wzdłuż plaży ciągną się kryte liśćmi palmowymi daszki. Pod nimi można rozwiesić hamak (jeśli nie macie swojego użyczy go gospodyni). Kosztuje to grosze. Ja nocowałam u Berty. U niej za nocleg nie płaci się nic, ale w zamian za to gość powinien stołować się u tej przemiłej Murzynki. To najlepsze rozwiązanie. Jest wprawdzie w Chacahua mini sklep, ale nie ma jak gotować. Jedzenie w Palapa de Berta jest znakomite i bardzo tanie. Przykładowo ogromny talerz smażonych krewetek z pieczonymi ziemniakami, sałatą, pomidorami i avocado to koszt około 15 pln. Sąsiad Berty robi fantastyczne drinki i koktajle – piña colada kosztuje 5 pln. Polecam też ciemne, wspaniale orzeźwiające piwo Indio. Berta robi też jajecznicę po meksykańsku, słodkie placki z mlecznym sosem, enchilada (placki z mąki kukurydzianej – tortilla wypełnione farszem z kurczaka i warzyw), quesadailla (tortilla z serem), smażone ryby… Szukając noclegu możecie zapytać też o Cirila, jego rodzina prowadzi podobne usługi, co Berta. Koniecznie powiedzcie, że jesteście z Polski i pozdrówcie go ode mnie.
*Artykuł opublikowany w Turystyce, Gazeta Wyborcza, 22.04.2005



























