Bujam się w hamaku rozwieszonym pod daszkiem z liści palmowych, sącząc przez słomkę mleko kokosowe ze świeżo rozłupanego orzecha. Huk Oceanu Spokojnego, słońce, złoty piasek…
Dotarłam tu po kilkunastogodzinnej podróży z San Cristobal de las Casas. Pierwsza część podróży była komfortowa. Po Meksyku najwygodniej podróżuje się autobusami. Wprawdzie ich standard bywa różny, ale na najdłuższych trasach kursują tylko pojazdy klasy de lux, pierwszej i drugiej. Wybrałam pierwszą klasę i spędziłam noc w wygodnym rozkładanym fotelu, rzucając od czasu do czasu okiem na wyświetlane na wideo filmy. Wcześnie rano dotarłam do Puerto Escondido. Stąd do Chacahua jest około 70 kilometrów. Pokonywałam je trzy godziny. Najpierw do Rio Grande rozklekotanym autobusem (w środku jadąca na targ murzynka sprzedawała banany prosto z drzewa), potem taxi colectivo, która za niższą ceną zabiera tylu pasażerów i bagaży ile kierowca zdoła upchać w samochodzie. Wreszcie wysiadłam w Zapotalitos, małej wiosce przy Laguna de Chacahua. W czasie półgodzinnej przerwy w podróży obserwowałam, jak miejscowe kobiety sprawiają ogromne, kolorowe ryby, a potem karmią wnętrznościami krążące nad nimi pelikany. Przepłynęłam łodzią na drugi koniec laguny, skąd zabytkowy pickup powiózł mnie przez porośniętą kaktusami pustynię. W południe dojechałam do wioski Chacahua nad samym Pacyfikiem. Słońce było rozpaloną do białości kulą, a piasek pod stopami miał temperaturę wrzenia.
To miejsce, odkryte kilkanaście lat temu przez surferów, znane jest tylko nielicznym. Nie ma turystycznej infrastruktury, miejscowi żyją w niewielkich domkach przy plaży, a na niewybrednych podróżnych czekają drewniane cabañas lub hamaki. Za łazienkę służy baniak ze słodką wodą stojący na piasku. Można surfować lub odpoczywać, przyglądając się egzotycznym ptakom, których żyją tu tysiące. Kąpiel w wodach Pacyfiku jest dość niebezpieczna – ogromne fale i uderzają z siła nieznaną bywalcom plaż nad Bałtykiem. Jest jednak miejsce, w którym rozszalałe wody oceanu uspokajają się wpływając do laguny. Można tutaj bezpiecznie popływać pod baczną obserwacją czerwonych krabów spacerujących po skałach. Można też przyjrzeć się miejscowym, którzy wczesnym popołudniem zarzucają sieci w błękitne wody laguny.
Któregoś dnia zapytałam trzech mężczyzn łowiących ryby, czy mogę zrobić im zdjęcie. Nie mieli nic przeciwko temu, z uśmiechem zastygali w wystudiowanych pozach. Dopytywali się, skąd jestem. Kiedy odpowiedziałam, że z Polski, jeden z nich rzucił:
- Znam jednego Polaka, to mój wielki przyjaciel, ma na imię Maurizio.
- Maurizio? Maurycy Gomulicki, mieszka w Mexico City?! – wykrzyknęłam zdumiona.
-Znasz Maurizio? Witaj kochana, jesteś moją wielką przyjaciółką. Chcesz zapalić skręta? – odkrzyknął rybak i rzucił mi się w ramiona.
Tak poznałam Cirila. Od razu zaprosił mnie do domu, deklarował wszelką pomoc i przy każdym spotkaniu proponował papierosy. Zorganizował wycieczkę łodzią po lagunie, (wiosłowałam głównie ja, bo Ciril często robił przerwy na skręta) wśród gęstych tuneli namorzynowej roślinności, w których płytka woda ma temperaturę rosołu, kraby wspinają się na wystające z niej korzenie, a zachód słońca jest nieprawdopodobnym spektaklem pomarańczy, czerwieni i fioletów.
Życie tutejszej ludności, potomków murzyńskich niewolników, jest proste i piękne. Są otwarci i weseli. Od rana słuchają podrywającej do tańca muzyki i popijając piwo rozkoszują się pięknem swojego świata. Niewiele potrzebują od cywilizacji, mają nawet własny czas, inny niż 50 kilometrów dalej. Niektórzy pracują w Rio Grande, inni żyją z tego, co kupią w ich knajpkach surferzy i co daje im przyroda. Z drzew spadają dojrzałe manga i kokosy, a trzykrotne zarzucenie sieci w morze wystarczy by zapełnić rybami duże wiadro. Krewetki, langusty i kraby czekają aż ktoś je wyłowi z oceanu. Pogoda jest słoneczna przez cały rok, a kiedy czasami pada, deszcz jest krótki, ciepły i przyjemny. Nic dziwnego, że nawet psy wydają się szczęśliwe, kiedy w największy skwar chłodzą się na brzeguu oceanu.
Po gorącym dniu, siadam się na piasku z pucharem gęstej piña colady ze świeżego ananasa zmiksowanego z lodem i rumem. Nade mną błyszczą znane mi konstelacje gwiazd, ale położone do góry nogami. Na horyzoncie jaśnieje Krzyż Południa. Uspokojony nieco ocean rozświetlony jest milionem fosforyzujących maleńkich punkcików. To pewien gatunek glonów, które tak zaznaczają swoją obecność w bajkowym świecie wybrzeża Pacyfiku. Próbuję łapać je w dłonie, by, choć przez chwilę, świeciły tylko dla mnie. Ich światełka są jednak bardzo słabiutkie i pojedynczo ledwo widoczne. Gasną szybciej niż blednące o świcie gwiazdy.

Waluta – peso, w przybliżonym przeliczeniu 100 pesos=10 pln. Podróż z San Cristobal do Chacahua kosztowała około 100 pln. Koszt można jeszcze obniżyć wybierając na dłuższych trasach autobus II klasy (jedzie znacznie wolniej). W większych miastach bankomaty są na każdym kroku. Wybierając się w mniej uczęszczane rejony należy mieć ze sobą odpowiednią ilość pieniędzy.

Czas – w Meksyku regionalnie obowiązują różne strefy czasowe. Nie ma niestety jasnych informacji na ten temat, trzeba pytać miejscowych.

Język urzędowy – hiszpański. Raczej trudno porozumieć się po angielsku, znajomość hiszpańskiego, przynajmniej podstawowa, bardzo się przydaje.

Fotografowanie – rdzenna ludność Meksyku – Indianie nie pozwala się fotografować lub rząda za ten przywilej sporych sum. Nad Pacyfikim jednak sprawa wygląda wręcz odwrotnie. Potomkowie czarnych niewolników są zachwyceni, kiedy robi się im zdjęcia.

Namorzyny – słonolubne drzewa i krzewy rosnące na wybrzeżach tropikalnych mórz. Ich korzenie wyrastają ponad powierzchnię słonej wody a czasie przypływów zdarza się, że drzewa zalewane są po korony. W Chacahua można wybrać się na przejażdżkę łodzią po lagunie. Jej teren stanowi jeden z parków narodowych Meksyku, mieszka tam największa w kraju rozmaitość gatunków ptaków. Przejażdżka łodzią z Cirilem kosztowała około 18 pln za 2 osoby. Inni przewoźnicy są sporo drożsi, ale mają łodzie na motor.

Cabañas – to drewniane domki kryte liśćmi, przygotowane specjalnie dla turystów. W niektórych jest nawet prąd. Polecam jednak nocleg w hamaku. Wzdłuż plaży ciągną się kryte liśćmi palmowymi daszki. Pod nimi można rozwiesić hamak (jeśli nie macie swojego użyczy go gospodyni). Kosztuje to grosze. Ja nocowałam u Berty. U niej za nocleg nie płaci się nic, ale w zamian za to gość powinien stołować się u tej przemiłej Murzynki. To najlepsze rozwiązanie. Jest wprawdzie w Chacahua mini sklep, ale nie ma jak gotować. Jedzenie w Palapa de Berta jest znakomite i bardzo tanie. Przykładowo ogromny talerz smażonych krewetek z pieczonymi ziemniakami, sałatą, pomidorami i avocado to koszt około 15 pln. Sąsiad Berty robi fantastyczne drinki i koktajle – piña colada kosztuje 5 pln. Polecam też ciemne, wspaniale orzeźwiające piwo Indio. Berta robi też jajecznicę po meksykańsku, słodkie placki z mlecznym sosem, enchilada (placki z mąki kukurydzianej – tortilla wypełnione farszem z kurczaka i warzyw), quesadailla (tortilla z serem), smażone ryby… Szukając noclegu możecie zapytać też o Cirila, jego rodzina prowadzi podobne usługi, co Berta. Koniecznie powiedzcie, że jesteście z Polski i pozdrówcie go ode mnie.

*Artykuł opublikowany w Turystyce, Gazeta Wyborcza, 22.04.2005

Meksyk, Oaxaca

01160030.jpg

Ostatnim przystankiem w mojej dwutygodniowej podróży po Meksyku było Taxco – miasto srebra. Właściwie nie był to przystanek tylko jednodniowy wypad ze stolicy kraju. Był to ostatni dzień podróży i pomysł, żeby w dniu wylotu wybrać się jeszcze na wycieczkę 160km od Ciudad de Mexico był delikatnie mówiąc „odważny”. Wyruszyłam wcześnie rejsowym autobusem z dworca Terminal Sur. Bilet linii Estrella de Oro kosztował około 8$ a podróż w jedna stronę trwała 2,5 godziny. Za oknami autobusu przesuwały się w ślimaczym tempie nagie strome skały gór, na które mozolnie się wspinaliśmy. Zastanawiałam się jak to możliwe, żeby w tak niedostępnym miejscu powstało miasto. Przyklejone do stromnych zboczy Taxco znajduje się na wysokości 1800 m n.p.m. i jest jednym z najmniej zanieczyszczonych miast Meksyku. Z północnej części Taxco, w pobliżu Los Arcos – pozostałości po akwedukcie z XVI wieku, kolejką linową można wjechać jeszcze 173 metry wyżej by podziwiać panoramę Taxco i otaczających je gór.

Autobus zatrzymał się na parkingu przy drodze okrążającej miasteczko. Uzbrojona w aparat i mocne postanowienie nie kupowania srebrnych pamiątek, z których Taxco słynie, ruszyłam w górę małej uliczki. Podejście było bardzo strome i już po kilkudziesięciu metrach zatrzymałam się na chwilę żeby odpocząć. Na to tylko czekał właściciel pierwszego, na mojej drodze, sklepu jubilerskiego. Nie dałam się jednak zaprosić do środka i ruszyłam dalej. Było coraz bardziej stromo. Zaczęłam się zastanawiać jak pokonują te wzniesienia pojazdy. Doszłam do wniosku, że ruch samochodowy się tutaj nie odbywa. Byłam bardzo daleka od prawdy. Po wąskich i niezwykle stromych uliczkach Taxco jeżdżą szybko i zręcznie żółte garbusy – taksówki i minibusy zwane combis, stanowiące transport miejski.

Taxco, którego główną turystyczną atrakcją są sklepy ze srebrem, jest absolutnie urocze. Jest też jednym z niewielu ośrodków w Meksyku uznanych za zabytek narodowy. Dzięki temu stare budowle są sukcesywnie odnawiane a nowe muszą spełniać rygorystyczne przepisy konserwatora zabytków. Przy wąskich brukowanych uliczkach wnoszą się kamienice i domki z białymi ścianami i czerwonymi dachówkami. Porośnięte krzewami różowych bugenwilii zapełnają ciasno każdy metr przestrzeni wydartej stromym wzgórzom. W wąskich przejściach i na schodkach pomiędzy budynkami natknąć się można na osłonięte płachtami niebieskiego brezentu targowiska. Na jednym z nich kupiłam od młodej Indianki najlepsze ze wszystkich placków tortilli jakie jadłam w Meksyku. W okresie między wrześniem a styczniem można tutaj kupić żywe chrząszcze jumiles, które są lokalnym przysmakiem. Mieszkańcy jedzą je przyrządzone z cebulą, czosnkiem, pomidorami i chili zawinięte w placki tortilli. W pierwszy poniedziałek po Wszystkich Świętych do Taxco przybywają całe pielgrzymki, by na wzgórzu Huixteco za miastem urządzać polowanie na małę chrabąszcze. Całe rodziny biwakują tutaj często już od weekendu i posilają się chrzaszczami na świeżym powietrzu. Wedlug powszechnego przekonania jumiles zapewniają siłę i energię życiową.

Wszystkie uliczki Taxco prowadzą do głównego placu – Zocalo, przy którym wznosi się zbudowany z różowego kamienia kolonialny kościół Santa Prisca, perła architektury barokowej ze wspaniałą fasadą w stylu churrigueryzmu. Ten późno barokowy styl charakteryzował się przeładowaniem detali i ozdób architektonicznych. Przeniesiony z Hiszpani znalazł groliwych naśladowców wśród rzemieślników indiańskich, wprawionych w obróbce kamienia. Katedra w Taxco jest jednym z najpiękniejszych przykładów churrigueryzmu meksykańskiego. Ufundowana został przez Jose de la Borda, kiedyś jednego z najbogatszych ludzi w Meksyku, który odkrył w XVIII wieku nowe złoża srebra w Taxco. Wokół placu miejscowa ludność przesiaduje na ławeczkach, kamiennych schodkach lub wysokich krawężnikach. Ani panom w kowbojskich kapeluszach ani paniom w kolorowych spódnicach nigdzie się nie spieszy. Rozmawiają, czytają gazety, atmosfera jest zupełnie wakacyjna. Po prawej stronie placu stoi Casa Borda, w który wybudowany został przez rodzinę Borda dla proboszcza parafii. Dzisiaj w pięknym budynku znajduje się dom kultury, otwarty dla zwiedzających. Będą w okolicy warto wstąpić do baru Bertha, w którym podobno opracowano recepturę słynnego meksykańskiej drinka – margarita.

Wielka kariera Taxco jako ośrodka jubilerskiego zaczęła się w roku 1932, kiedy Wiliam Spratling, profesor architektury z Nowego Orleanu otworzył w mieście pierwszy warsztat srebrniczy. Szlachetny kruszec Hiszpanie wydobywali tutaj już od XVI wieku, ale zasoby srebra szybko się wyczerpały. Dwieście lat późńiej nowe złoża odkryl wspomniany Jose de la Borda. Dzisiaj złoża srebra są już praktycznie wyeksploatowane a w domu Spratlinga znajduje się Museo de Taxco Guillermo Spratling mieszczące jego prywatną kolekcję sztuki i zabytków prekolumbijskich (wt.-niedz., 3,5$, niedziela bezpłatnie) Warto odwiedzić też Muzeum Sztuki Religijnej (Museu de Arte Verreinal, wtorek-niedz, 1,5$) znajdujące się w budynku zwanym Casa Humboldt od nazwiska niemieckiego badacza i przyrodnika, który spędził w nim jedną noc w 1803 roku. W miasteczku jest też Muzeum Srebra (wt. – niedz., 1$) prezentujące historię Taxco oraz niektóre z wyrobów zaprojektowanych przez Spratlinga. Ale turyści odwiedzają przede wszystkim niezliczone warsztaty i sklepy ze srebrnymi wyrobami. W ponad 300 zakladach jubilerskich jest wszystko: od maciupeńkich kolczyków wielkości główki od szpilki do okrągłych tac o średnicy 1 metra.

Obiecywałam sobie, że nie ulegnę zbiorowej modzie, która powoduje, że wielu turystów przyjeżdża tu tylko na „srebrne” zakupy. Nie udało mi się jednak dotrzymać danego sobie słowa. Weszłam do jednego sklepiku, potem do drugiego. Przeszłam przez cały Mercado de Artesanias Plata (codz. 11-20) , na którym zakręciło mi się w głowie od widoku setek łańcuszków i bransoletek i już do końca dnia buszowałam w srebrze szukając „okazji”. Trzeba uważać ponieważ często zdaża się, że sprzedwacy licząc na niewiedzę kupujących zachwalają wyroby z alpaki, która wcale nie zawiera srebra. Ledwo zdążyłam na autobus powrotny, tak wciągnęło mnie to polowanie. Wpadłam na lotnisko w ostatniej chwili, ale wróciłam do kraju ze srebrnymi kolczykami w uszach, mając nadzieję, że wytłoczona na nich próba gwarantuje, że nie dałam się oszukać. A nawet jeśli, to i tak bym nie żałowała. Bo Tasco warto zobaczyć nie tylko dla jego srebrnych pamiątek.


*(Artykuł opublikowany w Turystyce, Gazeta Wyborcza, 1.5.2007)

Przepiękne kolonialne budynki, rześkie powietrze i kolorowa indiańska społeczność. Mimo niestabilności politycznej San Critobal de las Casas zwane meksykańskim Zakopanem, jest bardzo popularne wśród turystów. Wystarczy odejść kilka uliczek w bok, żeby zobaczyć prawdziwe meksykańskie życie. Które jest niemniej kolorowe, niż to „sprzedawane” turystom.

Jedziemy kilka godzin z Palenque do San Cristobal de las Casas. Autobus pkonuje kolejne zakręty, wdrapuje się na przełęcze, zjeżdża do położonych w dolinach miasteczek. Pod wieczór porośnięte wiecznie zieloną rolinnością góry zachodzą mgłą. Docieramy do położonego w zielonej dolinie Jovel, na wysokości ponad 2000 m. n.p.m. San Cristobal de las Casas. To dawna stolica i jedno z ładniejszych miast stanu Chiapas zamieszkałego w ponad 1/3 przez rdzenną ludność Meksyku – Indian. Wokół miasta znajduje zarejestrowanych jest 125 komun Majów i występuje kilkanaście różnych języków plemiemmuch. Dlatego San Cristobal zwane jest indiańską stolicą Meksyku. Sytuacja tych ludzi nie jest najlepsza. Pozbawieni ziemi, dyskryminowani, niewykształceni są najuboższą częścią meksykańskiego społeczeństwa. W 1994 r. wybuchło tu powstanie kierowane przez Narodową Armię Wyzwoleńczą Zapatystów – EZLN. Jednym z jej przywódców jest człowiek, zwany popularnie Subcomandante Marcos. Jego prawdziwe personalia do dzisiaj nie zostały jednak potwierdzone. Zapatyści zwracają uwagę świata na problemy Indian i wyrażają sprzeciw przeciw globalizacji. Używają do tego nowoczesnych mediów – internetu, telefonów satelitarnych. Dlatego zwie się ich pierwszym nowoczesnym ruchem rewolucyjnym. Zapatyści opowiadają się też za pokojowymi metodami walki, dlatego poza pierwszym, dwutygodniowym powstaniem, nie używali w swoich działaniach przemocy. Mimo to wysłano przeciwko nim grupy paramilitarne. Do dziś partyzanci EZLN organizują akcje przypominające o swoim istnieniu a stan kontrolowany jest przez wojsko i policję. Mimo to, życie płynie tu całkiem normalnie.

Filcowy Marcos
Szybko znajdujemy pensjonat. Jest co prawda kilkaset metrów od centrum, ale za to w przyjemnym, kilkupiętrowym domu z wewnętrznym patio.
Po zachodzie słońca na bocznych ulicach San Cristobal szybko robi się ciemno. Ale centrum oświetlone jest latarniami a życie towarzyskie wre na całego. Na środku Plaza 31 de Marzo – głównego placu miasta znajduje się skwer. Na ławkach siedzą całe rodziny z dziećmi. Pod grubymi konarami rozłożystych drzew ulokowali się pucybuci i muzycy. Wygrywają skoczne melodie niesione przez miękkie i głębokie tony marimby. Po placyku krążą sprzedawcy wszystkiego: fioletowej waty cukrowej, gotowanej kukurydzy posmarowanej majonezem, kolorowych wyplatanych opasek. Podchodzi do nas mała dziewczynka. Ma cały koszyk drobiazgów. Proponuje filcową figurkę subcomandante Marcosa. A kiedy mówimy, że mamy już taką pamiątkę, wyjmuje z koszyka dwa gliniane zwierzątka: to kojot i pancernik. – Por cinco, por cinco – mówi dziewczynka zachwalając towar. Nie bardzo mam ochotę na kolejne pamiątki. Ale postanawiam pohandlować. Proponuję małej, że kupię zabawki, jeśli pozwoli zrobić sobie zdjęcie. Indianie nie bardzo lubią się fotografować. Mam więc nadzieję, że dzięki temu wybiegowi zdobędę jakiś portret. Dziewczynka zgadza się, ale na wszelki wypadek  zasłania buzię rękami. Błysk flesza i mała Indianka zostaje uwieczniona na kliszy. A ja zgodnie z obietnicą płacę za dwie gliniane figurki po pięć pesos.
Rano jest całkiem zimno. Słońce powoli rozgrzewa się nad San Cristobal. A kiedy już mocno świeci miasteczko pokazuje nam się w całej swojej krasie. Właśnie w pełnym słońcu najlepiej się prezentuje. Kolory postkolonialnych domów wręcz gryzą wtedy w oczy: żółty, błękitny, czerwony, zielony to chyba ulubione tutejsze barwy. Są też kościoły z białymi elewacjami wykończone żółtymi bądź niebieskimi lamówkami. Kolorowe są także torby, szale i koraliki, które sprzedają na targu przy kościele Santo Domingo kobiety z plemion Tzotzil i Tzeltal. Wchodzimy w boczną uliczkę i natykamy się na kolejny targ. Tu nie ma już cukierkowych pamiątek dla turystów. Są za to żywe świnki i kury, brud i bieda. I tanie knajpki z najprosztym jedzeniem – gorącą tortillą z białym serem i rozgniecionym avocado.

Święci w areszcie
Kolejny dzień poświęcamy na wycieczkę do jednej z okolicznych wiosek. Wybieramy San Juan Chamula. Mieszkają tam Tzotzilowie, a w każdą niedzielę zjeżdżają do miasteczka mieszkańcy okolic na wielki targ. Osobliwością jest także lokalny kościół. Mam ochotę pojechać tam konno (wycieczki organizują liczne biura podróży w San Cristobal), ale niestety mój towarzysz podróży, nie uznaje tego typu środka lokomocji. Decydujemy się więc dotrzeć do wioski na własną ręką. Trochę krążymy po mieście aż w końcu znajdujemy przystanek prywatnych busów – tzw. combis. Za kilka pesos jedziemy zatłoczonym busikiem w góry. Przy głównym placu San Juan Chamula stoi biały kościół. Wokół trochę biednych zabudowań. Na środku placu mnóstwo kolorowo ubranych ludzi, głównie kobiet i dzieci. Kobiety noszą białe lub niebieskie wyszywane koszule i czarne spódnice. Grube wełniane szale w kolorze nieba kładą na głowach. To ochrona przed coraz mocniej prażącym słońcem. Sprzedają owoce, warzywa, tkane koce, torby i szale. Dzieciaki biegną za nami, łapią za ręce, ciągną za ubrania, wciskają do rąk kawałki materiałów, próbują namówić na jakieś zakupy. Kupujemy świeżo obranego ananasa, którego sok cieknie nam po rękach.
Idziemy do kościoła San Juan Bautista. Obcokrajowcy muszą kupić bilet wstępu za kilka pesos. Wchodzimy i zamieramy z wrażenia. Kościół oświetlony jest tysiącem świec. Przylepione do podłogi woskowe świeczki tworzą zupełnie bajkowy klimat. Podłoga świątyni zasłana jest sosnowymi gałązkami. Bezpośrednio na ziemi (ławek nie ma) siedzą całe rodziny. Dorośli plotkują, dzieci baraszkują, wszyscy popijają pepsi-colę z butelek. Nagle leżąca obok nich torba zaczyna się ruszać, podskakiwać, uciekać. Wystaje z niej łeb kury. Pewnie kupiono ją na ofiarę. Albo obiad. Zastanawiam się z kolei co robi tutaj pepsi. W przedsionku kościoła stoją całe jej skrzynki. Zaglądam do przewodnika. Okazuje się, że tutejsi curanderos – znachorzy, leczą ludzi przy pomocy zaskakujących gadżetów: kur, jajek, świec i pepsi coli właśnie. Już wiem, co robi kura w kościel. Teraz moją uwagę zwracają ustawione wokół ścian kościoł posągi świętych. Naturalnej wysokości figury zamknięte są w szklanych obudowach, odziane w prawdziwe ubrania i obwieszne naszyjnikami z lusterek. Niektóre z nich zakute są w kajdany. Za karę, że nie wysłuchały modlitw wiernych. Ta zadziwiająca mieszanka to efekt przenikania dawnych wierzeń animistycznych do zwyczajów narzuconego Indionam katolickich misjonarzy.
W drodze powrotnej prosimy kierowcę, by zatrzymał busik na wysokości rezerwatu ekologicznego Huitepec. Położony jest na wschodnich zboczach Cerro Huitepec, wygasłego wulkanu, jednego z najwyższych szczytów w Chiapas (2700 m n.p. m.). Przez rezerwat wiedzie 2 km ścieżka edukacyjna, opisująca miejscowe strefy roślinne. Wędrujemy więc najpierw przez wiecznie zielony las dębowy. Potem są sosny. Najdłużej zatrzymujmy się w części chroniącej coraz rzadziej spotykaną, zagrożoną wyginięciem nubliselvę – las mglisty, należący do strefy międzyzwrotnikowej. Występuje w górach na wysokości, w której tworzą się chmury. Wiszące między bardzo gęstą roślinnością wodne kropelki spowijają las w delikatną, tajemniczą mgiełkę. Wygląda trochę jakby wszystko znajdowało się pod wodą.
Sapiemy ciężko, bo ścieżka wiedzie pod górę i jest bardzo gorąco. Wypatrujemy też ptaków. Występuje to ponad 60 gatunków. Ale jest chyba za gorąco, żeby je spotkać. Za to ze szczytu rozpościera się wspaniały widok na okoliczne góry. Jest bardzo cicho, słychać tylko szum wiatru i śpiew chowających się przed naszym wzrokiem ptaków. Drogę powrotną pokonujemy niemal biegnąc. Zaraz zamykają rezerwat.

*Artykuł opublikowany w Pulsie Biznesu, 1.08.2008