Wracając do Katesh odwiedzamy jeszcze rodzinę z plemienia – Nyaturu. Po drodze mijamy zagrodę Hehe. Nyaturu są wyraźnie zamożniejsi niż Barbaigowie. Ubrani w europejskie ciuchy, mają nawet rower. Ich tradycją jest palenie długiej fajki wodnej zrobionej z tykwy. W palniku podpalają tytoń i proso. Wyglądają jakby mieli tam coś jeszcze bo ich oczy są jakby zamglone a ruchy spowolnione. A może to tylko upał?
Przy okazji Deo tłumaczy nam, że Barbaigowie też palą tytoń a oprócz tego są miłośnikami tabaki.
Krótka wizyta i już idziemy dalej, w kierunku Katesh. Z naszej dwudniowej wycieczki do Barbaigów zrobiły się 24h a właściwie 12. Jeszcze nawet nie ma południa a my już wracamy. Tak naprawdę spędziliśmy z rodziną Iluku kilka godzin. Ale i tak warto było. Żałuję tylko, że nie wiedziałam wcześniej jakie mają zyczaje i nie uparłam się, żeby pójść z mężczyznmi prowadzącymi zwierzęta do wodopoju.
W drodze powrotnej Deo pokazuje nam jak robi się z agawy sizalowej sznurek. Odcina kawałek liścia, rozbija go na kamieniu. Liść jest bardzo włóknisty, po chwili Deo ma już w ręku długie nitki, które skręca w sznurek. Jest bardzo mocny. Pokazuje nam też kupy cegieł, z których tutejsi budują domy. Najpierw formują je z ziemi i wody, potem układają w stosy i podpalają.
W Katesh jesteśmy o 14. Za późno, żeby jechać dalej. Ostatni autobus odjechał pewnie godzinę temu. Zresztą mamy zarezerwowany pensjonat. Chyba najlepszy w miasteczku – z wewnętrznym dziedzińcem i namalowanym na drzwiach wejściowych koniem. Nie ma nawet wiatraków w pokojach a łazienki są wspólne.
Zostawiamy rzeczy w pokoiku i idziemy obejrzeć miasteczko. Jest pięknie położone pod górą Hanang. Ale to wszystko. Kilka biedniutkich uliczek, fryzjer, sklep z muzyką na kasetach, dwie jadłodajnie. I targ w samym centrum pod wielkim betonowym dachem. A tam kopce mango, avocado, stosy pomidorów, kapusta, zielony groch, papaye, ananasy i całe konary z bananami. Zielone do gotowania i smażenia, żółte do jedzenia. Mnóstwo kolorowo ubranych sprzedawców, zero, poza nami, kupujących. Deo wybiera dla nas mango. Sprzedawczyni obiera je od razu i nacina tak, by można je było na miejscu zjeść. Chcę zrobić zdjęcie, ale Deo prostestuje. Robię je tak, że nikt się nie orientuje, że pstryknęłam. Sprzedawcy przyglądają nam się w niemym skupieniu, trudno powiedzieć czy są przyjaźnie nastawieni czy wręcz przeciwnie. Razem z Deo czujemy się pewniej.
Wychodzimy z targu i kiedy już jesteśmy jakieś 100 metrów dalej Deo mówi, że mogę zrobić zdjęcie. Robię, żeby mu zrobić przyjemność, choć teraz mija się to z celem.
Przypominam sobie o szwach. Dziś powinno się je zdjąć. Pan Kahembe mówił co prawda, że jego syn pracuje w szpitalu i pomoże nam się tam dostać, ale w Babati będziemy dopiero jutro. A ja boję się, że może być za późno. Poza tym wizyta nazajutrz w szpitalu może opóźnić naszą podróż.
A w Katesh jest szpital. Deo gdzieś zniknął idziemy więc sami zobaczyć jak wygląda. W małym obskurnym baraku stoi kilka łóżek obciągniętych ceratą. Chyba ze dwóch chorych, leżą w rozpalonych od słońca salkach, na brązowych od zużycia posłaniach.
Na końcu baraku znajdujemy lekarza. Jest bardzo miły, ale nie ma nawet fartucha. Zakłada mi kartę, ustala po co przyszłam. I zabiera się za rozcinanie starego opatrunku. Ma jednak tak potwornie tępe nożyczki, że trwa to dobrych kilka minut. Potem cały personel szpitala zaczyna szukać skalpela. A ja zaczynam myśleć, że oddawanie się w ręce szpitala z Katesh to samobójstwo. Już się rozglądam jak tu dać nogę, kiedy ktoś przynosi lekarzowi ostrze od cuttera. Jest w tak brudnym opakowaniu, jakby wydobyli je spod ziemi. Ale w środku czysty, nie używany nożyk. Siostra przynosi nerkę żółtą od osadzonego na niej kamienia, bierze z okna gencjanę w zapyziałej buteleczce. Lekarz każe Marcinowi trzymać moją rękę i zabiera się za robotę. Ręce trzęsą mu się jak galareta. Znowu myślę o ucieczce. Pierwszy szef schodzi bezboleśnie. Przy drugim już coś poczułam. Przy trzecim mdleję. Cucenie mnie trwa dłuższą chwilę, zbiega się kilka osób. Otwierają drzwi do gabinetu, wachlują kawałkiem gazety, kładą na jednym z ceratowych łóżek. Lekarz tłumaczy, że to szok neurologiczny. Kończy wyjmować szwy. Uff, przeżyłam. Trzeba teraz założyć opatrunek. Ale okazuje się, że nie mają nawet sterylnego bandaża. Marcin leci więc do hoteliku po naszą apteczkę. Całe miasteczko mu kibicuje. Tutaj nie zdaża się, żeby ktoś wędrował szybkim krokiem o biegu nie ma zaś wogóle mowy.
Kiedy lekarz babdażuje rękę syczę z bólu. Jakiś pan, który od jakiegoś czasu mi się przyglądał mówi: pole, pole mama. Czyli: spokojnie, spokojnie proszę pani.
Rana podobno dobrze się goi. Jak dla mnie wygląda ohydnie. Najbardziej martwię się, że nie będę mogła nurkować.
Dostajemy od lekarza zalecenie, żeby kupić antybiotyk. Pytam o receptę. Nie wie co to jest. W końcu wyrywa z zeszytu kawałek kartki i pisze na niej nazwę leku. Proszę, żeby napisał też na kartce nazwę zabiegu i cenę. Ale lekarz absolutnie nie chce od nas pieniędzy. Nie ma mowy, żeby mu je wcisnąć.
Idziemy do apteki. Drewniane półki, na nich kilka pudełek z lekarstwami. Reszta luzem w szklanych słojach. Aptekarz nabiera garść pigułek i wsypuje do plastikowego woreczka. Grunt, że są, choć lekarz przestrzegał nas przed takimi, bo najprawdopodobniej straciły już dawno termin ważności. Co robić.
Wieczorem kolacja z Deo. Opowiada nam o tutejszej muzyce. Nabieram jeszcze większego smaku na bongo flava – tanzanijski rap w suahili. Muszę koniecznie kupić płytę z tą muzyką
Kiedy wracmy do hotelu gaśnie prąd. Idziemy w świetle telefonu komórkowego.
Maharashtra, stan rzadko odwiedzany przez turystów, kryje w sobie wiele ciekawych miejsc. Do najciekawszych należą wykute w skałach świątynie Ellory i Ajanty. Pierwsze znajdują się na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO, drugie nazywane są indyjskim Louvrem.
Po wizycie w Mumbaju – stolicy stanu, jedziemy w głąb Maharashtra. Stan położony jest w środkowych Indiach, między wybrzeżem Morza Arabskiego, mało znanymi plażami Konkan Coast, wcinając się głębokim językiem w głąb kraju. Maharashtra to drugi co do wielkości stan w Indiach pod względem liczby mieszkańców. Mieszka tu prawie 100 milionów ludzi.
Do Aurangabad docieramy pociągiem z Nasik. Aurangabad jest ważnym węzłem komunikacyjnym i to chyba jedyna jego zaleta. Miasto jest nieciekawe, składa się głównie z długiej ulicy Station Road, biegnącej od stacji kolejowej na północny wschód. Szybko znajdujemy hotelik. Jest co prawda tak brudny, że po raz pierwszy od przyjazdu do Indii brzydzę się usiąść na łóżku, ale bardzo tani. Zostawiamy plecaki i jedziemy motorikszą na dworzec autobusowy. Kierowca sprawnie manewruje pomiędzy setkami innych pojazdów, które trąbią, zajeżdżają drogę, wyprzedzają bez respektowania jakichkolwiek przepisów czy zasad. Wypadków o dziwo nie widać.
Przed okienkiem informacji na dworcu stoi jeden petent. Urzędnik widząc nas odgania go ruchem głowy nieznoszącym sprzeciwu i zaprasza mnie do okienka. Okazuje się, że za kilkanaście minut odjeżdża autobus do Ellory. Kupujemy szybko bilety (po 20 rupii) znajdujemy miejsca siedzące. Początkowo przysypiamy jadąc przez monotonnie szary, wyprany z kolorów przez suszę, płaski krajobraz. Budzimy się, kiedy przejeżdżając przez Daulatabad, mijamy ruiny fortecy znajdujące się na wzgórzu przypominającym równiutką babkę z piasku. Forteca zbudowana w XI w. była stolicą małego królestwa. W XIII w. została podbita przez sułtana Delhi. Jakiś czas później jego następca wpadł na szolony pomysł. Postanowił przenieść stolicę swojego sułtanatu z Delhi do Daulatabadu. Wraz ze wszystkimi jej mieszkańcami. Na jego rozkaz kilkanaście tysięcy osób wyruszyło w ponad 1000 kilometrową drogę. Większość z nich zmarła. Żeby tego było mało po kilku latach sułtan postanowił z powrotem stolicą uczynić Delhi. Daulatabad opustoszał. Chętnie odwiedzilibyśmy to miejsce, ale wtedy nie byłoby szans na wizytę w Ellorze. Przemieszczanie się na własną rękę przez Indie zajmuje tyle czasu, że ciągle musimy z czegoś rezygnować.
Autobus zaczyna wspinać się teraz w górę na skalny występ. Po 45 minutach od wyruszenia z Aurangabad jesteśmy w Ellora.
Już z placyku, przy którym zatrzymuje się bus, widać świątynie. Wykute zostały w wysokim na jakieś 100 metrów i długim na 2 km kamiennym wale. Kupujemy bilety wstępu i zaczynamy zwiedzanie 34 świątyń. Po kolei używali ich wyznawcy trzech największych religii w Indiach: buddyzmu, hinduizmu i jainizmu. Dzisiaj, choć świątynie należą do turystów, a składanie w nich ofiar zostało zakazane ze względów higienicznych, nadal ściągają tu liczni pielgrzymi.
W popołudniowym słońcu jest bardzo gorąco. Wędrujemy deptakiem wzdłuż świątyń, wstępując do każdej z nich, nie tylko po to by podziwiać wnętrza, ale także by schować się choć na chwilę przed słońcem.
Świątynie w Ellora to niezwykły przykład religijnej tolerancji. Nikomu nie przyszło do głowy niszczyć czy bezcześcić świątyń innej religii, pokojowo współegzytują tu ze sobą Budda, bóstwa hinduistyczne i jaińskie. Jako pierwsze, między V i VII wiekiem n.e, wykute zostały w czarnej skale groty buddyjskie. Miejsca kultu hindustyczngo budowano między VIII i X w. a jainistyczne wykuto między IX i XI w. Zwiedzanie powinno się zacząć w porządku chronologicznym, od nastarszych kaplic znajdujących się po prawej stronie i tak też robimy. Trudno jednak obejrzeć dokładnie każdą świątynię. Zatrzymujemy się najdłużej w najciekawszych lub tych, które nas najbardziej zaintrygowały. Na początku w grocie numer 5, która była częścią monastyru. Tu mnisi zbierali się by medytować i studiować święte księgi przy stołach wykutych w skale. Strop groty opiera się na 27 kolumnach. Jest też 17 wykutych w kamieniu mnisich cel.
Wędrujemy teraz do groty nr 10. Uważana jest za jedną z najpiękniejszych świątyń Indii. Wejście ukryte jest w podcieniu wspartym na rzędzie kolumn. Wchodzi się przez niewielkie drzwi do wąskiego wnętrza nawy głównej, wokół której biegnie gęsta kolumnada. Półkoliste sklepienie wyrzeźbione jest w żebrowanie przypominając szkielet jakiegoś wielkiego zwierza. Między kolumnami a sklepieniem ciągnie się bogato zdobiony fryz. W głębi, oparty plecami o stupę siedzi Budda. Kamienny posąg liczy swoje palce – gest symbolizujący nauczanie pięciu zasad buddyzmu. Małe okienko wykute w ścianie groty umiejscowione jest tak, że wpadające promienie słońca oświetlają łagodną twarz Buddy. Reszta świątyni tonie w półmroku. Wchodzimy w momencie, w którym buddyjski mnich, w czerwono-pomarańczowym stroju, staje naprzeciwko posągu. To spotkanie między tak odległą historią i dniem współczesnym robi na nas piorunujące wrażenie.
Dłuższą chwilę spędzamy w kilku świątyniach hinduistycznych. W przeciwieństwie do oszczędnie zdobionych buddyjskich, te aż roją się od postaci zapełniających ich ściany. Tańczący Shiva Nataraja, czteroręki Vishnu, bogini Ganga stojąca na krokodylu to tylko niektóre z setek figur wykutych w skałach. Oglądamy je w skupieniem. Induscy goście zachowują się mniej skromnie. W jednej z dwupiętrowych światyń spotykamy grupę młodych ludzi, którzy dosiadają posążku Nandi – świętego byczka i robią sobie zdjęcia nie przejmując się zupełnie powagą zabytku.
Na koniec oglądamy największy skarb Ellory – hinduistyczną świątynię Kailasha. Nazwę wzięła od góry w Himalajach, gdzie według wierzeń znajduje się dom Shiwy.
– „Wszystkie skarby sztuki bledną wobec niezwykłości i wspaniałości siwaickiej świątyni Kajlasanatha” – pisał o świątyni Józef Kremer (filozof, estetyk, historyk sztuki) w ubiegłym wieku. Ten potężny budynek, ni to świątynia ni to pomnik budowany był przez 150 lat. W całości wycięta w skale jest największą monolityczną budowlą na świecie. Podczas jej budowy wywieziono 200 tysięcy ton skał. Kailasha ma 90 metrów długosci, 55 szerokości i 33 wysokości. Zajmuje dwa razy większą powierzchnię niż Parthennon i jest 1,5 raza od niego wyższa.
Zwiedzamy najpierw jej dolną część. Oprócz tego, że ogromna, świątynia jest też niezwykle bogato zdobiona. Jej ściany to kamienna encyklopedia hinduzimu. Przedstawiono tu niemal wszystkie najważniejsze postaci i zdarzenia religijne. Poza tym jest też figura Sfinksa, która symbolizuje handlowe układy z Egiptem w latach 702-900 p.n.e. Ważka z kolei przypomina o wędrówkach karawan Szlakiem Jedwabnym. Dzięsiątki innych rzeźb i scenek wpełniają galeryjki, kapliczki, korytarze, portale i patia. Trudno to sobie wyobrazić, ale dawniej wszystkie rzeźby pokryte były jaskrwymi kolorami.
Środkowa część świątyni to wyobrażenie siedziby boga. Wykuto ją w kształt powozu. Nie ma co prawda kół, ale wokoło stoi kilkanaście kamiennych słoni gotowych, by powieźć boską osobę. Wędrujemy teraz na szczyt wzgórz otaczających świątynię. Widać ją stąd w całej okazałości. Ludzie spacerujący po dziedzińcu wyglądają jak mrówki. Kolorowe sari kobiet i koszule mężczyzn odcinają się wyraźnie od szaro-czarnych ścian świątyni. W zachodzącym słońcu przybierają odcień brązowo-złoty. To znak, że trzeba kończyć wizytę.
Wygląda na to, że własnie odjechał ostatni autobus. Decydujemy się więc jechać terenowym jeepem, który stoi pusty na parkingu. Pojawiają się kolejni pasażerowie. Z tobołkami, pakunkami, kobiety, mężczyźni, dzieci. W końcu jest nas szesnastka. W samochodzie, który normalnie mieści sześć osób. Kierowca jedzie klucząc między wioskami. W każdej zatrzymuje się i zwołuje kolejnych pasażerów. W końcu, po godzinie, ściśnięci jak sardynki w puszcze docieramy do Aurangabad.
Tysiące pojazdów płyną teraz wolno główną ulicą miasta. Jest ich tak dużo, że posuwają się bardzo powoli w zwartej masie. Trąbią przeraźliwie klaksony, szary pył wzbijany przez samochody, autobusy, motoriksze wciska się do nosa i oczu nie pozwalając swobodnie oddychać. Docieramy na piechotę do skrzyżowania, przy którym jest kilka barów z jedzeniem. Wybieramy ten, w którym siedzi najwięcej ludzi. Uprzejmy pan wyjaśnia nam co jest co. Zamawiamy masala dosza – rodzaj naleśnika z farszem z ziemniaków, sambar vada – przypominające donaty przekąski z soczewicy z bardzo szczypiącem sosem i wegetariańskie biryani – typowe dla Indii danie z ryżu. Wszystko jest bardzo smaczne. Po kolacji spacerujemy jeszcze chwilę po mieście. Kilka przecznic dalej, przy samej ulicy, stoi człowiek w pomarańczowym turbanie na głowie. Pochyla się nad glinianą tubą. To piec tandoori. Indus formuje w dłoniach małe placki i przykleja je do wewnętrznych ścianek pieca. Placuszki pod wpływem gorąca pieką się i puchną. To znak, że są gotowe. Próbujemy jednego chlebko-placka zwanego naan. Jest mięciutki, gorący, z ciemnej mąki, pyszny. Kawałek dalej natykamy się na sprzedawcę owoców. Ma między innymi dziwne brązowe kule, które od dawna mnie intrygują. Kupujemy kilogram. Niestety jesteśmy bardzo rozczarowani. Owoce mają beżowy, kaszowaty miąższ podobny trochę do konsystencji ogryzka gruszki. Kompletnie bez smaku, bez krzty soku, smakują bardziej jak słodkie kartofle niż owoce. Kupujemy mleko kokosowe, żeby popić kaszowatą papkę, którą się zapchaliśmy. Niestety i tym razem jesteśmy zawiedzeni. Owoc był mało dojrzały i mleko jest cierpkie.
Następnego dnia budzimy się o siódmej. Pierwszym autobusem jedziemy do Ajanty – kolejnego kompleksu świątyń. Cztery godziny tłuczemy się po indyjskich bezdrożach. Tyle czasu zajmuje pokonanie 126 km. Monotonne chuśtanie pojazdu powoduje, że przesypiamy większą część drogi. Budzimy się kiedy autobus wyjeżdża na górską serpentynę. Z góry widzimy już wąwóz, w którym wykute są świątynie. Widząc nasze zainteresowanie, dwóch chłopaków pokazuje nam gdzie trzeba wysiąść. Okazuje się, że oni też tu wysiadają. Idziemy razem do wejścia. Najpierw musimy zapłacić taksę klimatyczną, potem przejść przez tzw. shopping plaza – plac z barami, sklepikami, budkami z napojami chłodzącymi. Tu okazuje się, że chłopcy pracują w jednym ze sklepików z pamiątkami. Wobec naszego braku zainteresowania upominkami, oferują nocleg za 200 rupii. Obiecujemy, że po obejrzeniu świątyń wstąpimy do nich. Być może będzie już tak późno, że nie obejdzie się bez noclegu.
Na razie jednak płacimy po 20 rupii za klimatyzowany elektryczny autobus, który dowozi nas pod same jaskinie (4 km). Tu udaje nam się zostawić plecaki w przechowalni (4 rupie) i zaczynamy wdrapywać się po schodkach do świątyń. Kolejna kasa, teraz musimy zapłacić po 5 dolarów za zwiedzanie kompleksu. Cena dla obcokrajowców jest jak zwykle dużo wyższa niż dla miejscowych.
Świątynie są wykute w skałach wąwozu, który płynąca dołem rzeka wyrzeźbiła w miękki długi łuk przypominający kształtem podkowę. W porze suchej rzeka jest ledwo widocznym strumyczkiem.
W przeciwieństwie do grot w Ellorze, które nigdy nie popadły w zapomnienie, te w Ajancie przez ponad tysiąc lat czekały na ponowne odkrycie. W 1819 roku grupa Anglików polująca w okolicy na tygrysy natknęłą się na świątynie. Wykuto je w skałach w dwóch etapach. Najpierw koło I w n.e., potem między V i VI. Spośród trzydziestu grot pięć było świątyniami, reszta to dawne monastyry. Wszystkie są buddyjskie.
W grocie numer 26 podziwiamy płaskorzeźbę leżącego Buddy, przygotowujące się do nirwany. Cała jego postać tchnie niezwykłym spokojem. Wejście do groty numer 19 ma kształt łuku co symbolizuje wiedzę. Fasada bogato zdobiona posągami Buddy w najrozmaitszych pozycjach. Rzeźbione w wulkanicznej skale postaci są zachwycające, ale nie one są największą atrakcją Ajanty. W przeciwieństwie do Ellory tutejsze groty słyną z malowideł. Powstały w drugiej fazie budowy i przedstawiają sceny z kolejnych wcieleń Buddy. Setki kolorowych obrazków to także scenki rodzajowe, dzięki którym można poznać stroje, instrumenty muzyczne, fryzury, biżuterię, broń, architekturę epoki.
Najbogatsze freski są w gorcie numer 2. Po lewej stronie od wejścia przyglądamy się scenie narodzin Buddy – hinduski bóg Indra trzyma dziecko w ramionach. Kolumny, na ktÓrych jest wsparta grota ozdobione są delikatnymi arabeskami. Sufit w całości pokryto malowidłami przedstawiającymi między innymi symbole czystości: łabędzie (ponieważ filtrują nieczystości przy pomocy swoich dziobów) i lotosy (gdyż wyrastają z błota nigdy go nie dotykając).
Wielkie wrażenie robi na nas też grota numer 1. Wejście podparte jest potężnymi filarami. Wewnątrz zachowała się część fresków malowanych przez wielu artystów. Obrazy nie układają się w jeden ciąg ponieważ każdy z autorów dostał do dyspozycji kawałek ściany, na którym malował swoją interpretację fragmentu życia Buddy. Za najpiękniejszy uważa się fresk w głębi, po lewej stronie, przed wejściem do sanktuarium z posągiem Buddy. Przedstawia księcia Padmapani trzymającego kwiat lotosu. Po lewej stronie od wejścia przyglądamy się postaci Buddy w towarzystwie kobry. Po prawej, na kapitelu jednej z kolumn, zachwyca nas postać łani o czterech tułowiach i jednej głowie.
W najważniejszych grotach freski i rzeźby podświetlone są światłowodami. Światła wydobywają malowidła i rzeźby z mroku nie burząc tajemniczego nastroju. Spędzamy w Ajancie, nazywanej Louvrem Środkowych Indii, dobrych kilka godzin. Jest tu przyjemnie także dlatego, że do grot wchodzi się bez butów. Kamienne podłogi są zimne i przyjemnie masują stopy.
W końcu opuszczamy Ajantę. W drodze do kolejnego miasta przejeżdżamy przez wstrząsająco biedne wioski. Ludzie mieszkają tu w namiotach skleconych z gałęzi i foliowych torebek. Mężczyzna, koło którego siedzę w autobusie, znienacka pyta mnie co sądzę o islamie. Wdajemy się w dłuższą dyskusję. Potem rozmowa zbacza na sytuację w Indiach. Indus wyjaśni mi, że bieda, którą obserwujemy wynika z panującego nadal w Indiach systemu kastowego. A demokracja? – dopytuję się. It is a false democracy – wyrokuje mój rozmówca.
*Artykuł ukazał się 20.02. 10 w Turystyce, Gazeta Wyborcza
O piątej budzą mnie odgłosy porannej krzątaniny. Cała rodzina już wstała. Iluka wraz z bratem i kuzynami jedzą papkę z kukurydzy, popijając hebatę z imbirem i kardamonem. Potem powędrują pięć kilometrów przez góry, do wodopoju, prowadząc ze sobą zwierzęta. Wrócą dopiero wieczorem przynosząc wiadro wody. Piętnacie litrów musi starczyć rodzinie na cały dzień: do picia, gotowania i zmywania. Żeby się umyć w całości muszą pójść do jeziora. Robią to raz na miesiąc.
Zanim mężczyźni wyruszą na pastwiska urządzają małe przedstawienie. Wynoszą z chaty wielkie drewniane naczynia wydrążone w tykwach. Służą do wyrobu piwa. Barbaigowie robią je z wody, miodu leśnych pszczół i korzenia, którego nazwy nasz przewodnik nie zna. Podobno piwo jest bardzo mocne. Kiedy Barbaigowie sobie popiją zaczynają tańczyć. Nigdy nie robią tego jednak na pokaz.
Teraz następuje prezentacją rzucania włócznią i strzelania z łuku. Iluku z bratem starają się jak mogą, ale nie bardzo im to wychodzi. Barbaigowie byli dawniej koczowniczym plemieniem wojowników i pasterzy. Trudnili się też wyrobem tykwowych naczyń. Teraz jednak nikt nie chce ich kupować, Afrykę zalał plastik z Chin. A Barbaigowie od dawna nie mają już z kim walczyć. Władze Tanzanii próbują zmienić ich koczownicze zwyczaje zmuszając do osiadłego trybu życia. Nasi gospodarze mieszkają w zagrodzie pod górą Hanang od czterdziestu lat, pasąc w suchych okolicznych sawannach krowy i kozy. Raz w miesiącu idą na targ do Katesh sprzedać jedną z kóz. Mogą dzięki temu kupić ryż, tabakę, tytoń, herbatę, cukier i materiał w drobną kratkę, który służy za odzienie dla mężczyzn. Na poletku obok zagrody kobiety uprawiają kukurydzę. Zbierają kolby, łuskają i suszą ziarno. A potem ucierają je na drobną kaszkę przy pomocy dwóch kamieni. Ugotowana w wodzie papka – ugali – to podstawa ich diety. Przez kilka miesięcy w roku, gdy krowy są cielne, rodzina ma też pół litra mleka dziennie. Gdy rok jest dobry mogą pozwolić sobie na gotowaną fasolę i ryż. Zdarza się jednak, że jedzą tylko ugali. Owoce i warzywa to luksus. Pojawiają się tylko wtedy, gdy przychodzi Deo z turystami. Poza stadkiem zwierząt rodzina Iluku nie ma nic. Sandały wycinają ze zużytych opon samochodowych, obywają się bez prądu. Nawet plastikowa miseczka jest tu rarytasem. A największym skarbem rodziny jest latarka na korbkę, podarowana przez jednego z zagranicznych gości.
Barbaig może mieć tyle żon, na ile go stać. Żonę dostaje w zamian za 2-3 krowy. A jedna krowa warta jest ok. 40 000 szylingów. Dlatego Barbaigowie nie jedzą na codzień mięsa. Nie stać ich na to. Czasami, przy wyjątkowym święcie, ubiją kozę. Krowy stanowią majątek i inwestycję.
Kiedy już Barbaig dobije targu z ojcem swojej żony musi jej zbudować osobny dom i zapewnić utrzymanie. Dlatego rzadko który ma więcej niż jedną małżonkę. Sześćdziesięciopięcioletni Iluka dopiero niedawno postarał się o następną. Młoda żona i jej dzieci to gwarancja przedłużenia życia rodowi. To także większa ilość rąk do pracy. A to z kolei pozwala powiększyć hodowlę zwierząt i uprawę kukurydzy. Poza tym Barbaigowie, choć nie znają pojęcia genetyki, instynktownie wierzą, że różnorodność jest ważna dla przetrwania rodziny. Więcej żon, to większa szansa, że wśród dzieci trafi się wyjątkowo mądre lub silne. Żony współpracują ze sobą, mimo, że każda z nich ma własny dom. Starsza traktuje młodszą jak córkę. Zajmuje się jej dziećmi gdy młoda pracuje w polu albo zbiera chrust. Wspólnie gotują, wyprawiają koźle skórki, z których szyją spódniczki z frędzelkami. Na jedną potrzeba skór z dziesięciu kóz. Pomalowane ochrą na czerwono spódnice kobiety zakładają tylko przy najważniejszych uroczystościach: na przykład na ślub. Na codzień chodzą w łachmanach ze szmateksu.
Na śniadanie dostajemy biały chleb ze słonym masłem, banana i herbatę z mlekiem, korzeniami i cukrem. Na obiad będzie znowu ryż z zielonymi nitkami szpinaku. Barbaigowie jedzą tylko dwa razy dziennie. Rano i wieczorem. I żyją. Są szczupli, wysocy, umięśnieni i przystojni. Starsza żona błyska do nas w uśmiechu bielutkimi jak mleko zębami. Mimo siedemdziesiątki na karku jest pogodna i silna. Pracuje od świtu do zmroku. Podobnie jak inni Barbaigowie nie chodzi do lekarza, leczy się przy pomocy aloesu, który rośnie w obejściu. Dzieci nie chodzą do szkoły. Najbliższa jest w Katesh – dwie godziny drogi od ich zagrody. W jedną stronę. Mimo to Barbaigowie nie wydaje się być nieszczęśliwi. Wręcz przeciwnie. Może dlatego, że innego życia nie znają. Nawet książka to dla nich rarytas. Kiedy wpada im w ręce nasz przewodnik studiują wnikliwie każde zdjęcie. W mig rozpoznają czy żyrafa na fotografii to samiec czy samica. Dawniej Barbaig musiał udowodnić, że jest mężczyzną zabijając lwa. Iluka zrobił to kiedy był młody. Ale Barbaigowie przepędzani są ze swoich ziem. Na ich dawnych terenach łowieckich powstają parki narodowe, zwiedzane przez bogatych turystów. Dzieci Iluku zobaczą króla zwierząt wyłącznie na fotografii. A i to nie jest pewne. Barbaigowie są najuboższym ludem Tanzanii, nie mają pieniędzy na książki, edukację. Nie umieją czytać. Pierwsza żona Iluku nie zna nawet oficjalnego języka Tanzanii – kisuahili. Mówi tylko w języku barbaig, który nie ma formy pisanej. Mimo to udaje nam się świetnie porozumieć. Bez słów. Zachwycamy się wspólnie pięknem tanzanijskiego krajobrazu skąpanego w złocistym, popołudniowym słońcu. Musimy ruszać w drogę powrotną. Barbaigowie wracają do swojego życia, które od tysięcy lat niemal się nie zmieniło. Widocznie żadne zmiany nie są im do szczęścia potrzebne.


















































































