Daleko od szosy

Bieszczady się ucywilizowały. Sprowadzili się tu ludzie bywali w świecie, otwarci na nowe. Otworzyli ekologiczne pensjonaty, slowfoodowe karczmy. Latem przeżywają turystyczne oblężenie. Zimą wręcz przeciwnie. Kiedy bieszczadzką krainę zasypie śnieg, można znowu poczuć dzikość tych gór. I gościnność ich mieszkańców, którzy zawsze serdecznie przyjmują przybysza.

Na początku nie będzie łatwo. W najbardziej oddalone od wielkomiejskich ośrodków polskie góry trudno dojechać. Pociągi nie docierają do Zagórza czy Ustrzyk Dolnych. Autobusy. Owszem są. Z stolicy jadą tu między 7 a 11 godzin. Ile zabiera podróż z Gdańska czy Świnoujścia? Strach pomyśleć. Najlepiej wybrać się tu samochodem.

Za Sanokiem trzeba zdjąć nogę z gazu. Szosa się zwęża. Jest oblodzona, biegnie raz w dół raz w górę a znaki drogowe co chwilę przestrzegają przed niebezpiecznymi zakrętami. Z poteżnych jodeł zwisają śnieżne czapy. Z rzadka pojawiają się inne pojazdy. Podróżny ma wrażnie zanurzania się w głąb tajemnej, dostępnej tylko dla nielicznych krainy.

Jeszcze do niedawna tak właśnie było. Szczególnie zimą. Lokalne pekaesy kursowały z rzadka do zagubionych między wzgórzami wiosek. A jeśli drogę zawiało nie dojeżdżały wcale. Zima była tu bardzo długa. Zdarzało się często, że w połowie października spadał już pierwszy śnieg i leżał do maja. Dla prowadzących schronisko pod Mała Rawką – Ewy i Roberta Żechowskich zaczynał się dawno wyczekiwany czas. Po pełnych gwaru i pracy ciepłych miesiącach ruch w Bieszczadach zamierał. Zdarzało się, że w schronisku nie zjawiał się żaden turysta przez trzy, cztery tygodnie. Ewa i Robert mieli wtedy czas tylko dla siebie. Mogli po prostu być. Patrzeć na fantastyczne formy tworzone przez śnieg, wiatr i mróz. Podszyte wiatrem schronisko miało co prawda ogrzewanie, ale niewiele było ono warte. Jedynym naprawdę ciepłym pomieszczeniem była kuchnia i tam spędzali zimowe dni pijąc herbatę, grając na gitarze, śpiewając, rozmawiające ze znajomymi, którym udało się dotrzeć. Gość, który przychodził zimą do schroniska był jak posłaniec, jedyny kontakt ze światem zewnętrznym. Przynosił nowiny, plotki, przekazywał życzenia i informacje. W schronisku nie było telefonu. W regionie mieli je tylko nieliczni. W dodatku do jednego numeru przypisanych było kilku abonentów. Telefony dzwoniły równocześnie w ich domach, mieszkańcy podnosili słuchawki dowiedzieć się czy to do nich. Mieszkańcom schroniska dużo czasu zajmowały codziennie czynności: narąbanie drewna, rozpalenie w nim, zagotowanie wody na kąpiel. Po zakupy chodzili raz w tygodniu. Była to spora wyprawa – najbliższy sklep był w Sanoku. W dodatku przez pierwsze lata zaopatrzenie musieli wnieść na własnych plecach. Potem dorobili się skutera śnieżnego. Ale nadal przetrwać zimę w schronisku nie było łatwo. Do dzisiaj są osoby, które tak żyją. Lutek Pińczuk, który prowadzi najwyżej położone schronisko Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej nie ma prądu ani bieżącej wody. Budynek schroniska zasypany śniegiem po dach, ze ścianami pokrytymi lodowymi kolcami wygląda jak siedziba bajkowego stwora z dalekiej północy. Żeby tu dotrzeć trzeba brnąć w śniegu przez bukowy las. Gałązki oblepione drobinkami zmrożonego śniegu przypominają kolce jeżozwierza. Smukłe, gładkie pnie buków, zdają się być pomalowane srebrem. Od czasu do czasu w białym puchu widać tropy zająca, zdarza się, że rysia czy wilka. Drzewa robią się coraz niższe, w końcu całkiem znikają i przed wędrowcem otwiera się przestrzeń połoniny. I tu zaczynają się schody. O ile w lesie śniegu było do łydek, to tu, przewiany przez niczym niezatrzymywane wiatry sięga kolan a nawet ud. Wędrówka przypomina bieg z przeszkodami a raczej mozolne wdrapywanie się na kolejne zaspy, zapadanie w nich i wydostawanie się znowu na górę. Nagrodą jest oszałamiający widok ze szczytu połoniny (1255 m n.p.m.). na pokryte szadzią drzewa i wyrastające spomiędzy nich bezleśne szczyty, przypominające grzbiety mamutów. Dopóki nie zaświeci słońce wszystko jest w odcieniach szarości: pozbawione liści drzewa, niepokojące kłębiaste chmury, oblepione lodem kamienie na szczycie. Tylko obsypane śniegiem świerki próbują dać znać, że pod spodem są ciemnozielone, modrzewie starają się zasygnalizować swój beżowy odcień a zmrożone, połamane trawy, usiłują przebić się spod śniegu ze swą słomkową barwą. Słupy wytyczające szlak obrośnięte są śniegowo-lodowymi naroślami przypominającymi kolonie małż. Są dni kiedy tego niezwykłego pejzażu nikt nie podziwia. Rzadko. Czasy, kiedy do schroniska nie docierał zimą nikt przez wiele tygodni już się skończyły. Po pierwsze dlatego, że wraz z klimatycznym zmianami zimy w Bieszczadach nie są już takie srogie. Po drugie większość turystów jest zmotoryzowana. Mogą wpaść w Bieszczady na weekend. Albo i na jeden dzień. Zdarza się nawet, że ktoś po pracy wrzuca na dach skiturowe narty i jedzie spędzić popołudnie na wędrówce. Dzisiaj można też zadzwonić do schroniska na telefon komórkowy, zarezerwować miejsce w pensjonacie e-mailem, sprawdzić w internecie prognozę pogody. Rzadko widzi się już turystów wędrujących od schroniska do schroniska z plecakiem wyładowanym prowiantem i zapasem ciepłych ubrań. Mimo, że dzisiaj turystyka wygląda już inaczej, mieszkańcy Bieszczad nadal mają ze sobą bliski, szczery kontakt. Może dlatego, że w zasadzie nie ma autochtonów. Tutejsza ludność – Bojkowie – została wysiedlona w akcji „Wisła”. Niemal wszyscy mieszkańcy Bieszczad są imigrantami. Tak jak Ewa i Robert Żechowscy, którzy dzisiaj prowadzą w Wetlinie i Smereku dwa pensjonty i karczmę ze slow foodowym jedzeniem inspirowanym kuchnią regionu. – Czasy się zmieniły, ludzie nie – mówią. Nadal są otwarci, serdeczni, szybko przyjmują nowych przybyszów do swojego grona. Oni sami mimo, że mieszkają teraz w dużym luksusowym domu, dzielą się nim równie chętnie co dawniej podłogą w schronisku.

W Bieszczadach żyje się dziś łatwiej. Wioski leżące w pobliżu najchętniej odwiedzanej części Bieszczad – Bieszczadzkiego Parku Narodoweg – rozrosły się. Ludzie pobudowali wygodne domy, na każdym kroku widać bary, sklepy, galerie sztuki. Jedno co się nie zmieniło to góry. Nadal są dzikie i piękne. Szczególnie zimą, kiedy śnieg zasypuje szlaki, a mróz maluje na szybach lodowe kwiaty. Wtedy jest pięknie, groźnie i pusto. Choć trudno dziś trafić na dziewiczy śnieg. Nawet w martwym sezonie ktoś zawsze po Bieszczadach się kręci. Wędruje na rakietach śnieżnych przez połoniny albo wspina się na skiturowych nartach na Wielką Rawkę (1304 m n.p.m.). Zimowe wejście na ten szczyt jest sporym wyczynem. Szczególnie jeśli ktoś chce podziwiać z niego wschód słońca. Jeśli idzie pieszo musi wyruszyć koło północy. Wędrówka w śniegu potrwa koło 8 godzin. Na nartach zabierze połowę tego czasu. Nagrodą za wysiłek będzie niezwykły widok. Z ponad morza chmur wyrastają tylko końcówki szczytów. Na pólnocy Połonina Wetlińska i Caryńska, na południowym wschodzie Tarnica i Szeroki Wierch, dalej ukraińskie Karpaty Wschodnie z Pikujem, Połoniną Równą i Ostrą Horą. Niebo jest w niepokojącym niebieskim kolorze, który nie może się zdecydować czy zmienić się w lazur dobrej pogody czy wybuchnąć śnieżną zamiecią. Jeśli powietrze jest czyste widać stąd nawet Tatry. Chwilę później można nie widzieć już czubka swoich nart. Pogoda jest w Bieszczadach kapryśna. W jednej chwili błękitne niebo przesłaniają groźne, czarne chmury. Z Bieszczadami nie ma żartów. Mimo, że są niewysokie, nie ma lawin, zdarza się, że GOPR ma co robić. Silne wiatry i zmiany pogody mogą być niebezpieczne dla nieostrożnych turystów. Kiedy więc pogoda nie zapowiada się dobrze, lepiej zostać w domu. Albo zwiedzać okolicę. Bieszczady to nie tylko ostre grzbiety i strome stoki, często pokryte gołoborzami. To też cerkwie z baniastymi kopułkami, zagubione między pagórkami wioski a w nich stare drewniane chyże – bojkowskie chaty. Ze świerkowych lub jodłowych półbali, uszczelnionych gliną, ze spoinami pomalowanymi na biało. W jednej z takich chat we wsi Smolnik mieszkają Kasia i Leszek Górni. To ich siódma zima w Bieszczadach. Dobrze pamiętają pierwszą. W domu początkowo nie było ogrzewania. Mieszkali wszyscy w jednym, najmniejszym pomieszczeniu, w którym było najcieplej bo przy kominie. Spali wszyscy razem. Po siedmiu latach pracy ich dom jest przytulny i komfortowy. W kominku trzaska ogień, na piecu wyrasta chleb. Przy świeżo zaparzonej macierzance, którą sami zebrali latem, opowiadają o tym jak Leszek pierwszej zimy pracował przy zrywce drewna i odśnieżaniu pięciu wiosek. Kasia, będąc w zaawansowanej ciąży, prowadziła samochód, starszy syn siedział w foteliku a Leszek z przyczepki sypał sól na drogi. Teraz żyją z agroturystyki i wyrobu drewnianych mebli. Lubią to co robią, ale mają nowy pomysł na życie. Marzy im się by mieszkać z dala od wsi, w dzikiej głuszy. Mieć więcej czasu na ulepienie z dziećmi bałwana, pojeżdżenie na snowboardzie po świeżym puchu i cieszenie się urodą okolicy. Bo tu przecież tak pieknie! Dlatego planują sprzedaż domu i wyprowadzkę w głąb Bieszczad. Jeszcze dalej od ludzi, jeszcze bliżej natury. Lubią poczucie, które można tu mieć, że są jedynymi ludźmi na ziemi. Mieli już nawet kawałek terenu na oku, ale musieliby go kupić razem z niedźwiedzicą. Okazało się, że ma tam gawrę. Szukają więc dalej. Jeszcze dalej od szosy.

*Artykuł ukazał się w miesięczniku Voyage

Autoportret z rękawiczkami

Zapatrzone

Marysia przy ognisku

Sarenka